środa, 10 listopada 2010
Łagodnieję na starość.
Starość nie radość, młodość nie wieczność. I chyba młodości powoli mówię pa-pa. ;)
Złagodniałam bardzo ostatnimi czasy.
Nauczyłam się mówić przepraszam, które coś z sobą niesie, prócz samego dźwięku tego słowa.
Coraz mniej zacietrzewienia.
Coraz szybciej wybaczam.
Zamiast zabawy w "To ja mam rację" wolę rozmowę.
Odpuszczam dawne obrazy majestatu. Spotykam się dziś z kumpelą, która kiedyś była ważną częścią mojego życia, ale zawiodła mnie, więc ucięłam ten kontakt. A przecież nie zrobiła tego złośliwie. Zresztą to długa historia. Uświadomiłam sobie, że niepotrzebnie uniosłam się dumą.
Zresztą ile to razy tak zrobiłam, jest nie do policzenia.
Zawsze moje musiało być na wierzchu.
Zawsze ja musiałam mieć rację.
Najważniejsza była moja przerośnięta do granic możliwości duma, która czasem przysłaniała mi cały świat. Ba, nie czasem, często bardzo, bardzo bardzo bardzo często.
Dużo dumam ostatnio.
Dumam, dumam.
Zmądrzeję może trochę. :)

09:00, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (3) »
niedziela, 03 października 2010
Mało czasu, mało, mało czasu...
...nie nadążam za życiem. Mam tak mało, mało czasu na cokolwiek. Nie wiem gdzie ten czas mi ucieka... Hmm...
Dziś był taki piękny dzień. Obudziłam się i powitało mnie piękne słońce...
A wczoraj zbierałam kasztany. :) Kasztany kojarzą mi się z dzieciństwem i z robieniem ludków i zwierzątek z kasztanów i zapałek. :) Nie chce mi się już tego robić, ale wspomnienia są. ;)
Odgruzowałam dziś część mieszkania i trochę czuję jakbym też poukładała sobie w środku, myśli, uczucia. Może się jakoś ogarnę...z tym zapierdzielającym w dzikim tempie życiu.
Zastanawiam się skąd wytrzasnąć dodatkowe pieniądze, bo jest kiepszczyzna finansowa i nie podoba mi się to. Macie jakieś sprytne sposoby? ;)
22:52, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 września 2010
Bo najlepsze są...
...powroty. Więc wracam, wracam, wracam tu i wracam. Najgłębsze to może nie będzie, ale życie jest jak kalejdoskop. Wiem, wiem, banał... Ale wszystko w moim życiu tak się miesza, przenika, przemienia, powraca, przewraca, odwraca, zakręca, komplikuje, zaplątuje i rozplątuje, że czasem nie nadążając za całym zjawiskiem patrzę tylko i podziwiam splot. Na nic więcej nie mam czasu.
Czy Wam też tak dni zapierdzielają???
Przecież to jest absurd!
Dni mijają jak minuty. Tygodnie uciekają tak prędko, że kiedy zastanawiam się czy to jeszcze wtorek, okazuje się, że jest już piątek.
Mam taką kumpelę, u której jest constans. Nic się nie zmienia. Spotykamy się co jakiś czas i zazwyczaj ja ją zasypuję miliardem przemian, odmian, zmian, zwrotów akcji, a ona... mówi dwa zdania. I to nie dlatego, że jest małomówna, ona po prostu nie ma o czym opowiadać. Kiedyś jej zazdrościłam takiej łagodnej, naturalnej kolei rzeczy. Spokojnego życia, w którym wydarza się tylko to, co jest przewidziane. Rzeczy dziejąc się nikogo nie wprawiają w zdumienie. Tylko czy to nie jest nudne? Jedni dobrze się czują przemierzając prostą drogę. A ja do tej mojej dzikiej przeprawy już przywykłam i chyba nie umiałabym tak łagodnie żyć.
Zresztą... gdzie cholerykowi do spokojnego, łagodnego życia, przecież to byłoby jak kara...
A co tam tak w telegraficznym skrócie?
Jestem wytrwała w moim nie-paleniu. To już dobrych kilka miesięcy. I jestem bardzo szczęśliwym nie-palącym człowiekiem. Czasem mnie korci, zazwyczaj pod wpływem procentów...ale nie udało się nikotynowemu potworkowi złamać mej jakże silnej woli.
Trochę gorzej z wolą, jeśli chodzi o pomniejszanie swoich rozmiarów. Ale pracuję nad tym. Na razie jestem na etapie pracy nad głową i tym co w niej siedzi.
Kilka razy prawie zakończyłam związek z moją Miłością, ale trwamy nadal, mamy niebiańskie wzloty i parszywe upadki z bardzo wysoka, ale jakoś podnosimy się, czasem razem, czasem osobno. Ale kocham. I jestem kochana. Chociaż to jest strasznie trudna miłość. Ogień i woda. Przeciwieństwa się przyciągają, oczywiście. Ale takie skrajne przyciągają się i odpychają chyba w tym samym momencie. Niezła gimnastyka. Za DARMO!
Grono moich bliskich znajomych (przyjaciół?) powiększa się, kurczy, powiększa, kurczy, w tym temacie również odbywa się zaawansowana gimnastyka.
Zmieniłam pracę... co prawda w obrębie mojej firmy, ale można powiedzieć, że awansowałam. Odżyłam. Idę do pracy i nie chce mi się płakać, tudzież uciekać. Trochę mnie to jednak stresu kosztuje, bo wiele jest dla mnie nowych rzeczy, ale...to jest dobry stres. Taki, który popycha moją ambicję, zamiast zabijać jakiekolwiek chcenie.
Dzieje się dużo dobrego. Złego też. Płynę z prądem, chociaż nie umiem pływać.
Ale to chyba tak musi być. Mam samochód, ale nie mam prawa jazdy. I płynę z prądem, choć nie umiem pływać. :)
...och kocham to, kocham to, ten moment wypisania się, wyrzucenia wszystkiego na kartkę, albo ekran. Czaaaad. Ajmlowinit.
02:27, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (4) »
sobota, 24 lipca 2010
No jakoś nie po drodze mi...
...skoro prawie mnie tu nie ma...

Szybki raport z placu boju: rzuciłam palenie. I jestem z siebie bardzo dumna i bardzo się z tego cieszę :) To już ponad miesiąc i coraz lepiej się czuję.

Superszczupła się jeszcze nie stałam, może kiedyś ;) Nie jest to takie hop-siup.

Z mężczyzną mym jestem szczęśliwa.

W pracy mniej, ale jakoś nie mogę znaleźć nic lepszego... I męczę się... a wiem, że mogłabym robić coś bardziej sensownego... a już na pewno zasługuję na lepsze zarobki...

Życie od 1szego do 1szego jakoś przestało mi się podobać ;)

Prawdopodobnie znów czeka nas przeprowadzka... które to już mieszkanie będzie w moim dorobku w tym pięknym mieście, odkąd parę lat temu przyjechałam na studia... hmmm... to będzie chyba 9 mieszkanie w mojej "karierze", jeśli dobrze liczę.

Ale co tam... ;)
18:37, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (2) »
sobota, 27 marca 2010
Sobota, imieniny kota.
Trochę mnie tutaj z Wami nie było... ale powracam, jak za dawnych lat...;)

Wczoraj niespodziewanie dostałam urlop na dziś, a że firma moja rzadko ma taki gest, z przyjemnością skorzystałam z tegoż daru i... mam taki okropny dzień, że szok w trampkach. Mój Luby w pracy, a na popołudnie i wieczór umówiony z kuzynką. Siostra umówiona z koleżanką. Znajomi mają już jakieś plany. Ja miałam iść do fryzjera, poszłam i nici... jakieś oblężenie. A ja się boję iść do byle jakiej fryzjerki... Mam swoją ulubioną, której ufam i nie pójdę do kogoś innego... Pogoda do dupy, deszcz, grad nawet przed chwilą, na chwilę słońce, potem znów deszcz... Ani wyjść na spacer, ani nic. Ech, zaraz się walnę na wyro, kupiłam sobie Wysokie Obcasy i Panią i będę czytać. I zażerać ciastka.

Aaaa ciastka... Nie powinnam ich jeść, ale dziś jest durny dzień i sobie poprawię humor.

A nie powinnam, bo po badaniach różnych różniastych okazało się, że mam problemy z insuliną. Cukrzycy nie mam, ale od kilku tygodni jestem na lekach, które mają to ustabilizować. No i zaczyna się dieta.

Oprócz diety muszę ograniczyć palenie i nie mogę pić, bo picie nawet jednego piwka kończy się tragicznie...

Za kilka miesięcy będę superszczupła i superzdrowa. he he he...

Git majonez.
16:28, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (6) »
sobota, 27 lutego 2010
Baj baj.
Żegnam się z Wami Robaczki na jakiś czas. Mój dostęp do komputera i internetu stoi chwilowo pod znakiem zapytania...

Przeprowadzam się do Lubego. Jestem baaaaaaaaaaaaaardzo szczęśliwa. :)

Ściskam Was mocno, i do przeczytania. :)
01:25, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 lutego 2010
Idzie nowe.
No to zmiany i rewoluszyn.

Pakowanie w toku, przenoszenie klamotów w toku. Ja do Lubego. Siostra znalazła sobie fajny pokój.

Mam nadzieję, że rozstanie pracowe i mieszkaniowe z siostrą dobrze nam zrobi. Może się nauczymy być dla siebie dobre?

Nowe zacznie się w marcu i mam nadzieję, że dobre będzie to nowe. :)

Wcześniej byłam bardzo sceptyczna wobec kumpelek, które mieszkają z Lubym w tamtym mieszkaniu. Nie, to nie była zazdrość, bo wiem, że to tylko koleżanki. Po prostu miałam wrażenie, że one za mną nie przepadają. ;) I że się nie dogadamy... ale kilka dłuższych wizyt w tamtym mieszkaniu i kilka wspólnych piw... i jakoś kra na rzece puściła. ;) Cieszę się, że będziemy razem mieszkać. I cieszę się, że to będzie jeszcze takie trochę studenckie mieszkanie. Potrzebuję jeszcze trochę wariactwa, imprez, mieszkania z fajnymi ludźmi. Narazie mi nie spieszno do izolowania się od świata, jak to uczyniliśmy parę lat temu i nie wyszło nam to na dobre. Nic na siłę. I nic na wariackich papierach. Wszystko ma swój czas.

Chociaż... hmmm po głowie coraz bardziej krąży mi myśl o dzieciach. Mogłabym już mieć. ;) Ale może skompensuję to sobie dziewczynami. ;) Szczególnie, że jedna z tych kumpelek bywa trochę głupiutka jak mała dziewczynka. ;)

I szukam szukam intensywnie nowej pracy, bo tej mam już serdecznie dość.

Nie czuję się doceniona, nie czuję się odpowiednio wynagradzana. Myślę, że ten etap należałoby tym razem zakończyć osobiście, zamiast czekać, aż frustracja moja rozleje się wszędzie dookoła i doprowadzi do zwolnienia mnie.
23:30, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (3) »
środa, 17 lutego 2010
Horroroskop.
Jestem z tych, co wierzą w horoskopy. Ale te pozytywne. ;) Jak coś negatywnego przepowiadają, to zazwyczaj macham na to ręką. A jak coś dobrego, to mocno w to wierzę. ;) Zaczytuję się w horoskopach, a najbardziej lubię te z "Wróżki" na cały rok...

Dziś wpadła mi w ręce jakaś głupiutka gazeta dla bab. Więc rzucam okiem na horoskop i... szok!

Napisali mi na marzec mniej więcej tak: Nareszcie zgoda w domu, zakończenie sprawy z trudnym krewnym doda ci skrzydeł, czeka cię też przemeblowanie.

:D

A ja się od marca przecież przeprowadzam do Lubego. I musimy kupić kilka mebli i zrobić małe przemeblowanie. I przecież wyprowadzam się, bo już nie mogłam znieść kłótni z siostrą. I wreszcie miałam odwagę jej powiedzieć, że już nie chcę z nią mieszkać.

Szok. :D
21:29, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 lutego 2010
Tatusiowie.
Spędziłam ostatnio dwie godziny w laboratorium i w kolejce do niego, bo robiono mi krzywą cukrową, kto miał, ten wie, że trochę to czasu zajmuje.

Właściwie większość czasu spędziłam czekając sobie, po kolejnym kłuciu.

A jak tak czekałam, to patrzyłam sobie na przychodzących i czekających również ludzi.

Pojawiło się kilku ojców z córkami. Jeden z dziewczynką około 8 letnią, jeden z maleństwem może 2 letnim i jeden z nastolatką.

Wszyscy byli strasznie fajnymi tatusiami, rozmawiali ze swoimi córami, tłumaczyli co się zaraz stanie, rozwiewali lęki i rozśmieszali swoje pociechy.

Myślałam, że mam to przerobione. Że ojciec jest dla mnie nikim, nie mam kontaktu, nie ma go w moim życiu od lat i nie chcę, żeby kiedykolwiek był.

Ale pojawiło się wspomnienie, jak kiedyś poszedł ze mną do lekarza. Miałam jakieś 8-9 lat. Lekarka była strasznie niemiła, ale był ze mną tata i to było coś.

Szkoda, że nie był na tyle fajnym tatą, żeby zadbać o kontakt ze mną kiedy dorastałam. I szkoda, że jest takim burakiem, że zadbał tylko o to, żeby płacić jak najmniej alimentów, a potem zrobił wszystko, żeby nie płacić wcale.

Przykro mi, że nie miałam takiego taty z prawdziwego zdarzenia. Który wspierałby mnie do tej pory. Może nie miałabym takiego problemu z samooceną, gdyby stanął na wysokości zadania. Moje życie pewnie zupełnie inaczej by wyglądało.

Chciałabym, żeby moje przyszłe dzieci miały fantastycznego ojca. Myślę, że dobrze wybrałam. I że mój Luby zrobi wszystko, żeby takim super-tatą być.

Trochę zazdroszczę tym wszystkim szczęśliwym posiadaczkom fajnych Ojców.
21:54, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 01 lutego 2010
Koniec!
Koniec tego wyzysku, o! Wypowiedziałyśmy umowę najmu z siostrą i z końcem lutego robimy panu właścicielowi mieszkania papa.

Żebym za taki nędzny standard musiała bulić co miesiąc tyle kasy i żeby mi jeszcze buraczysko problemy robiło...

Yhhh...

W sumie dobrze, że się popsuła pralka...

Ale od początku.

W mieszkaniu przez poprzednią moją współlokatorkę została zainstalowana nowa (stara) pralka. Ojciec koleżanki załatwił pralkę. Wujek koleżanki podłączył wszystko za darmo. Mówiąc wszystko mam na myśli również podłączanie jakichś przyłączy czy czego tam, aby pobierała wodę... Bo wcześniej w tym mieszkaniu była jakaś dziadowska pralka frania, z której wodę trzeba było wylewać przez dziurę odprowadzającą w podłodze (sic!) i jeszcze czuwać, żeby się za bardzo nie wylewało, coby nie zalać sąsiadów.

I to ta pralka, którą koleżanka za darmo załatwiła temu burakowi i z uprzejmości zostawiła wyprowadzając się, właśnie ta pralka padła, a na prośbę o załatwienie nowej pralki pan szanowny właściciel się oburzył. Jego zdaniem, to my powinnyśmy KUPIĆ NOWĄ PRALKĘ...

Nie będzie tak milutko.

Dość już mam tego mieszkania. Tego, że wszystko się psuje, odpadają klamki, lodówka ledwo dyszy, a zamrażarka do lodówki ma zamknięcie w postaci kawałka kartonu obwiązanego foliową reklamówką (SIC!!!).

Nie wspominam już o stadach gołębi kopulujących na balkonie.

Wrzeszczących sąsiadach z góry.

Upierdliwych i śmierdzących staruszek, które zamieszkują większość tego bloku.

I co z tego, że jest wszędzie blisko, a do centrum miasta mam 5 kroków. To już trochę za mało...

Tak więc problem zmiany mieszkania, wyprowadzek i moralniaka związanego z opuszczeniem mojej młodszej siostry rozwiązał się sam.

Siostrze szukamy pokoju.

Ja wyprowadzam się do Lubego.

Będzie co ma być.

Howk.
00:09, optymistka_realistka , Codzienność
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10